słowa piosenki z akordami 

Widzisz wypowiedzi wyszukane dla słów: słowa piosenki z akordami





Temat: Piractwo i Szaber
Ivan Mladek
podpisuje sie jako autor zarówno słów, jak i melodii:

mladek.nespi.cz/index.php?m=show&idpisne=56&akordy=neshow
A ta ostatnia powstała na motywach ludowej piosenki, zreszta słowackiej (z
okolic Ziliny) a nie czeskiej.
Czyli w tej części sporu masz rację.
Ale rzecz nie w tym. PiS ZWRÓCIŁ SIĘ do "Kabaretu pod Wyrwigoszem" o zgodę na
wykorzystanie piosenki ze słowami ich (KpW) autorstwa na własnej konwencji i
SPOTKAŁ SIĘ Z ODMOWĄ. Po czym piosenkę wykorzystał a na zarzuty z tym związane
odpowiedział, że wszystko z ZAiKS-em ureguluje. Jeśli wyborcom PiS-u takie
postępowanie się podoba, to pogratulować wyborców - wizerunkowo to kop we własne
krocze.



Temat: POMOCY, piosenka!!!!!!!!!
Nie. Po tych słowach, które przytoczyłem jest tak: "...like a butterfly >i tu
jakieś słowo (2 nawet), którego nie potrafie zidentyfikować bo jest wysoko i
głośniej zaśpiewane. Spokojna, w miare wolna piosenka. Grana na 4/4 raczej. Jak
nie ma wokalu to w pewnych miejscach taka zagrywka jest mała na gitarze, tj.
powtarzany ciagle motyw zbudowany tam na jakimś akordzie pewnie. POMÓŻCIE!!





Temat: filozoficzne podstawy posiadania piosenki
dźwięk jest częścią składową, tak samo jak i słowo. ze słów powstają powieści,
z dźwięków melodia, piosenka. kiedy dźwięki są ugrupowane w jakąś bardziej
skomplikowaną całość, a przy tym zaaranżowane, to myślę, że można mieć do nich
prawo. wiadomo, że nikt nie będzie rościł prawa do tercji wielkiej, ale do
większej całości, układu akordów i dźwięków, już raczej można



Temat: Jestem zaniepokojony
HadYouComeSomeOtherDayThenItMightNotHaveBeenLikeTh
aproxymat napisał:

[...]

Napisałeś dokładnie to, co myślę o muzie radiowej, ze szczególnym
uwzględnieniem rmf czy zet.

Mnie niepokoi co innego: wartością samą w sobie staje się dla mnie to, że dana
piosenka nie była dawno grana. I tak (tylko mi nic nie zróbcie) jeśli muszę
wybrać pomiędzy, dajmy na to evanescence, bajmem, i jakimś g... z lat '80
(wszystko znam na pamięć słowo po słowie, dźwięk po dźwięku itd.) a czymś mniej
znanym ich troje... to wybieram to ostatnie. Nie znam. Przewidywalne,
schematyczne, ale nie znam.

No i jeszcze do Cze:
Ta moja znienawidzona zetka puszczała kiedyś całą płytę Bajmu (tzn. w
kawałkach) i natrafiłam na jakiś zupełnie nieznany mi kawałek Bajmu właśnie.
Nagrałam. Całkiem niegłupi, podoba mi się połączenie niektórych akordów. A
jestem pewna, że gdyby serwowano mi to tak nachalnie jak "Myśli i słowa," to
znienawidziłabym ten utwór.

pzdr



Temat: O czasach stalinowskich i socrealizmie -Adamowi M.
Gość portalu: marynat napisał(a):

> Ale nie, on tylko wkleił turystyczną piosenkę-laureatkę zespołu "Do góry dnem":

Kiedy na "Bazunie"` 76 drukowano w śpiewniku tekst i akordy ,podano informację,że ,"słowa-autor nieznany".

Ot,takie wspomnienie z dawnych czasów.
Ponoć Miłosz był wymieniany w Encyklopediach w tamtych czasach(tak piszą niektórzy).
W mojej starej z 7o-tych lat by PWN,nie mam wzmianki nawet.




Temat: Dzisiaj Walentynki
ariadna-enta napisała:

> chyba za mną chciałaś powiedzieć.))

dlaczego jestes taka pesymistka?
Na nic nigdy nie jest za pozno, trzeba tylko chciec, a jeszcze do
tego jezeli chodzi o romantycznosc:)
Pamietasz slowa tej piosenki:
"Romantycznosc, znaczy kochac ty i ja, znaczy Chopin Wielki gra,
pocalunki, bicie serca i akordy.KOCHAM SWIAT, Fryderyku mily spojrz
jak ja pragne tej milosci,takich uczuc i radosci.KOCHAM SWIAT....."




Temat: Koncert Stinga w Warszawie - relacja
Nie zgadzam się.

1. Przygrywanie skleconych z pary przypadkowych akordów piosenek. Pomijam juz
teksty, a raczej ich brak... Sczególnie pierwszy zagrany kawałek mnie rozłożył -
naliczyłem się trzech słów.
2. Kayah przez 3/4 grała smęciła - monotonne numery i nieciekawe aranżacje. Brak
szybkich kawałków - brzmiało to jak jedna długa kołysanka. Dopiero pod koniec
zaczęły się kawałki szybsze.
3. Sting śpiewał super - to słyszałem dobrze. Szkoda tylko, że nie słyszałem jak
gra na basie (co mnie bardzo interesowalo). Nieźle było słychać Millera. Perka
była za głośno. Samo brzmienie było płaskie i nieciekawe (ale to nie zawsze
przeszkadza w koncercie - vide koncert Black Label Society w Stodole, który był
super). Widać było scene momentami - gdy rodzice nie sadzali swoich pociech na
barana (też jestem wysoki). Telebimy - wszyscy wiedzą jakie były (może poza
panem redaktorem)...

3 razy dostał owacje - niestety, bo zasługiwał na trochę więcej.
Chyba dlatego, ze w dalszych sektorach ludzie nie wiedzieli zbytnio co się
dzieje, no i wielu było takich, którzy nie znają lub nie przepadają za
twórczością Stinga.



Temat: akordy do party Girl U2
Gawliński zdaje się kiedyś powiedział, że jak ktoś nie potrafi
samemu znaleźć akordów do takich piosenek, to tab też mu nie pomoże.
Zresztą ludzie potrzebują nie tylko akordów, potrzebują żeby
wszystko im na talerzu podać - także bicia itd. A na moje słowa,
żeby sobie puścili piosenkę, i starali się po prostu grać tak samo
dotąd aż wyjdzie robią wielkie oczy o co mi chodzi.



Temat: Czy katowicki zespół Feel popełnił plagiat?
Czy katowicki zespół Feel popełnił plagiat?
Witam!

Chłopak nieszczęśliwie trafił na ten zestaw akordów, które
gwarantują ładna linie melodyczną i fatalnie, bo też zaśpiewał
identycznie akcentując. Nie sadze, aby przerabiał podrzędna piosenke
z lat 80 tych. Co tu duzo mówić, nie jest to jazz interwałowy, aby
odkryc cos innego. Wszystkie mozliwosci akordów zostaly juz gdziesz
zamieszczone. To zupelnie inna piosenka niz porykiwania tej Pani w
rozprostowanym afro. Co wiecej, moim zdaniem chlopaki raczej
wzorowali sie na obecnej muzyce rockowej niz na latach 80 tych. Nie
bede pisac o pewnym utworze Patrycji Markowskiej , który brzmial
identycznie tak samo jak utwór pewnej znanej artystki o inicjalach
MS ktora w teledysku latala z gitara. Te same funkcje, ma tez Harley
moj, nagrany w latach 80 tych, wiec jest to dowod, ze muzyka jest
powtarzana, ale przekazuje sie inne tresci w slowach. Ile powstalo
ballad na funkcjach Prince PURPLE RAIN, with or without U U2. Szkoda
gadac. Jedyna osoba, ktora mozna posadzic o plagiaty to pan RJ, z
pewnego niegdys slawnego zespolu. Powodzenia chlopaki i glowa do
góry zasluzyliscie, mimo, ze przez wielka promocje, juz nie moge
sluchac waszej piosenki. O jeszcze jeden plagiat, Natalia K. Im
wiecej Ciebie i T.B. grajaca ten sam rodzaj muzyki w USA.



Temat: Najgorsze piosenki wszech czasów
obawiam się, że jeśli chodzi o polskie "przeboje" ograniczenie rankingu do 20 piosenek graniczy z cudem. nie mówię tu o "artystach" disco polo, gdyż jest to gatunek adresowany do pewnej publiczności, który rządzi się własnymi prawami. pradoksalnie, o wiele gorsze są lansowane przez stacje radiowe kawałki. postaram się podać kilka przykładów zespołow, kolejność jest przypadkowa:
- Kombii - spotkałam się kiedyś z opinią, że pan Skawiński jest obecnie jednym z najlepszych gitarzystów w Polsce. Bo właśnie tym zamował się za czasów ONA i chyba lepiej byłoby gdyby przy samym graniu pozostał. Zarówno teksty jak i melodie piosenek jego zespołu pozostawiają wiele do życzenia. I może tylko ja mam takie rważenie, ale po pierwszych akordach każdego utworu słychać czyje to...
- Papa D. (dawniej Papa Dance) - kolejny przykład zespołu, który bardzo chciałby powrócić. Wefekcie wykonawcy wyglądają jakby przeżywali kryzys wieku średniego, a propozycje muzyczne są tak załamujące, że aż brak słów.
- Stachursky - jeden utwór gorszy od drugiego. Osobiście miałam nadzieję, że czasy jego świetlności skończyły się wraz z "typem niepokornym", ale niestety ostatnio stacjew radiowe opanował "jedwab"
- Ich Troje
- Gosia Andrzejewicz
- Ewa Sonnet
+ wiele wiele innych, których na szczęście nie pamiętam.

jeżeli chodzi o ranking, to należałoby rozróżnić jeszcze tych, którzy potrafią bawić się muzyką jak np. aqua, baha men czy los del rio. są sto razy lepsi niż nasze gwiazdy, które w kółko nagradzają się tylko na miliadrach festiwalii.



Temat: ulubiony kawalek Myslowitz
nancyboy napisa?:

> Uwazam, ze wiekszosc singli Myslovitz byla chybionym wyborem. Z dwoma
wyjatkami:"Scenariusz dla moich sasiadow" i "Dlugosc dzwieku samotnosci".
> Jesli te piosenki nie trafiaja do Ciebie (jako kompozycje) to chyba znaczy ze
> faktycznie potrzebujesz innych... nie wiem jak to nazwac, srodkow muzycznej
> ekspresji, innego "jezyka akordow i melodii".

Stary, to jest juz meczace. Nie pasuje mi ich muzyka, pretensjonalne texty,
glos Rojka. Jednym slowem - wszystko. Nic na to nie poradze i jest mi z tym
dobrze. Jezeli uwazasz, ze ta muzyka jest przepiekna i warto ja poznac - to
Twoja sprawa. Mnie nie zachwyca.
Jezeli takze przy okazji uwazasz, ze ktos kto nie slucha Myslovitz jest ubozszy
muzycznie,albo wrecz nieco ulomny i ze mna jest cos nie tak (a tak wnioskuje z
Twojej wypowiedzi), to tez Twoja sprawa. Ja zapewniam Cie - czuje sie bardzo
dobrze czego i Tobie zycze.




Temat: Ostatni koncert Republiki
Popłuczyny to zdecydowanie za mocne słowo. Jest na to całkiem zgrabne
określenie: stylizacja. Mistrzowie już tak mają, że się bierze z nich przykład.
Jasne, że porównanie Republiki do Witkacego to moja niewinna prowokacja (chyba
udana). To tylko piosenki, zbudowane na 4 akordach. Ale wartość wydarzenia
artystycznego zależy od intesywności jego odbioru. Wolałbym być na tym
koncercie, niż na dwusetnym przedstawieniu Hamleta z najlepszym aktorem
dramatycznym, walczącym z pokusą ziewnięcia.



Temat: Disco Klubopolo
Gość portalu: adieu! napisał(a):

> 1. WUlgaryzacja tekstów - nie chodzi wcale o brzydkie słowa, tylko o prostactwo
> . "Podnieś sukienkę/Włóż w majtki rękę/Niech świat na płonie/Powiedz mi "tak" a
> nie mów "nie"".
>
> 2. Jakość techniczna - DP jest kompletnie "płaskie" technicznie. Trudno to wyja
> śnić tutaj, ale wystarczy posłuchać muzyki nurtu pop i porównać z przebojami DP
> . Inna klasa nagrań. To nie wina słabych finansów, bo nawet amatorzy w domach p
> otrafią lepiej zaaranżować muzykę (choćby mp3.wp.pl).
>
> 3. Co drugi przebój oparty na akordach a-moll - F-dur - G-dur. To żenujące i nu
> dne przede wszystkim, bo siłą rzeczy takie pioseneczki jedne od drugich niewiel
> e się różnią.
>
> 4. Brak umiejętności wokalnych. Nawet w porównaniu ze zwykłym polskim popem.

A że tak spytam, który z tych grzechów, które pasują do DP nie pasuje do HH ?
Bo tego nie mogę zrozumieć. HH jest często bardzo wulgarny, piosenki są niemal
identyczne bo na tym samym bicie i kiepskiej jakości (no, to najmniej),
umiejętności wokalne większości artystów są zerowe. Nie jest to atak na HH tylko
pomóżcie mi zrozumieć dlaczego DP jest piętnowane, a HH mający tensame cechy już
nie ?? Dlatego że DP jest przypisywane do wsi i HH do miast ???



Temat: chwyty gitarowe
ara_ararauna napisała:

> Proponuję szukać na oficjalnych stronach zespołów. Często jest ładnie
opracowan
> a
> dyskografia z nagraniami, tekstami i akordami.
> A propos gitary: szczenięciem będąc słyszałam, że rosyjskie(a może radzieckie?
> nie pamiętam) gitary miewały 7 a nie 6 strun. Grał ktoś z Was na takiej
gitarze
> ?
> Czy raczej: Widzial ktos z Was taką gitarę?

wydaje mi sie ze taką widziałem własnie u prof. Aloszy Awdiejewa kiedys.
Metelica jest muzykiem i ona na pewno wie... znam slowo siemistrunnaja gitara w
piosence Sliczenki...




Temat: Szukam słów i akordów
Szukam słów i akordów
zespołu ONE MILLION BULGARIANS, zwłaszcza piosenki "Popatrz mamo". Czy ktoś
może mi pomóc?



Temat: Coś dla nas ;-)
Do momo
Momo,
faktem jest, ze muzyka grecka moze wydawac sie nie do strawienia ale tylko na
pierwszy rzut oka. Jedni ja lubia inni nie. Zdarza sie to takze rodowitym
Grekom, zwlaszcza tym wyksztalconym, ze nie maja "cierpliwosci" do sluchania
greckich piosenek. Ale wszyscy je kochaja.
Popelnilas jeden wielki blad jadac na praktyke, nie przygotowalas sie do niej.
Trzeba bylo troche poczytac, posluchac, nauczyc sie paru slow i praktyka w
Grecji wygladalaby zupelnie inaczej. Mozna sie nasmiewac z Chinczykow czy
Japonczykow ale oni przed wyjazdem na wakacje, do obojetnie jakiego kraju ida
na specjalny kurs, na ktorym poznaja historie kraju, ktory odwiedza, muzyke,
kuchnie itd.itp. Kiedy w koncu gdzies wyladuja wiedza prawie wszystko, wszystko
sprawdzaja, i zadziwiaja wszystkich swoja znajomoscia rzeczy. Nie tak dawno
przyjechal do mnie japonski inzynier na praktyke. Znal nie tylko biegle
angielski ale poniewaz dowiedzial sie, ze jestem Polakiem z pochodzenia,
nauczyl sie kilku zwrotow po polsku.
A ty dzieweczko jak zes sie przygotowala do swojej zawodowej praktyki? Bo
przeciez nie pojechalas tam spedzac dobrze czas ale sie czegos nauczyc. Milas
okazje zobaczyc troche grecki folklor i jedyne o czym piszesz, to jakies
bzdety, ktore swiadcza o tym, ze nie masz ochoty nauczyc sie niczego,
dowiedziec sie niczego. Malo tego ironizujesz i lekcewazaco wyrazasz sie o
kulturze, ktora kwitla, w czasach, kiedy twoi przodkowie siedzieli na drzewach.
O czym to swiadczy? Na pewno nie o madrosci i pragnieniu nauczenia sie
czegokolwiek.
A wiesz o tym, ze Grecy byli 400 lat pod niewola turecka i nie mogli mowic po
grecku? 400 lat!!!! Jedyna mozliwoscia wypowiedzenia glosno slowa po grecku
byla piosenka. I kiedy Grecy zorientowali sie, ze moga spiewac, zaczeli tworzyc
roznego rodzaju muzyke i slowa. Inne narody mialy literature, Grecy mieli
piosenke, bo nie bylo innego wyjscia. Do dnia dzisiejszego kultywowane sa
specjalne rodzaje piosenek. Opowiadaja o zyciu, o milosci o nieszczesciu. Do
specyficznej muzyki pisane sa piekne poetyckie slowa. Nazywaja sie roznie
rebetika, zebetika ect. Wprawny znawca po pierwszych akordach piosenki moze
powiedziec, o czym ona bedzie i jaki to rodzaj.
Widzisz dzieweczko ile stracilas przez wlasne lenistwo i brak znajomosci
rzeczy. Radze poderwac jakiegos Japonczyka moze nauczy sie prawidlowego
stosunku do zycia, inaczej do niczego w tym zyciu nie dojdziesz.




Temat: Zaszalejemy na koncercie Red Hotów!
> Ludzie się starzeją, rhcp także, a na starość, się łagodnieje, a
> szczególnie kiedy do tego dochodzi jeszcze abstynencja od używek.
> To by było dopiero śmieszne, gdyby tworzyli teraz utwory pokroju "Out in L.A."

Ani razu nie napisałem, że jest coś złego w złagodzeniu muzyki. Co nie zmienia
faktu, że Luukasz ma rację - np. Mike Peters z The Alarm gra teraz 10 razy
mocniej, niż kiedy był młody i piękny, i wcale nie uważam, że przez to gra
lepiej ! Dla mnie najważniejszy jest poziom.

> Ale najważniejsze w muzyce nie jest to czy jest ona bardziej rockowa czy mniej
> ,ale to jaka jest dobra w swojej konstrukcji, a te ze Stadium są świetne.
Mają
> w
> sobie ducha rhcp, tak jak kiedyś, ale dodatkowo są po prostu bardzo dobre pod
> względem rzemiosła.

Rzemiosło to słowo-klucz. RHCP to w tej chwili wyłącznie rzemieślnicy. Wiedzą,
że piosenka ma mieć zwrotkę, refren, wiedzą, jakie akordy najlepiej się
sprzedają, co zrobić, żeby mieć przebój itd. i pod tym kontem tworzą ( pod
żadnym innym ). Ich ostatnie piosenki są całkowicie bezwartościowe, to czysta
konfekcja, tak naprawdę nie ma znaczenia, czy SA byłby albumem jedno, czy
siedmiopłytowym, takich piosenek każdy średnio rozgarnięty twórca byłby w
stanie wysmażyć 10 dziennie, bo wszystkie są oparte na powielonych już
tysiąckrotnie schematach. Dziwi mnie niezmiernie, że komuś w ogóle chce się
słuchać czegoś tak totalnie bezpłciowego.

> Mi się po prostu wydaje, że nie dojrzewacie razem z tym zespołem i jesteście
> daleko w tyle!

Jeżeli dojrzewanie ma polegać na stawaniu się farsą, karykaturą samego siebie (
bo tym są w tej chwili RHCP ), to ja wolę rzeczywiście pozostać daleko w tyle.




Temat: Jacek Kaczmarski - nowożytny Homer
Gość portalu: Kubeł napisał(a):

> > Już po raz kolejny wychodzi, że masz za duży tupet.
> > Nie odsyłaj mnie do literatury, bo o synestezji wiesz
> > mniej ode mnie (jak to wyżej wyszło).
> > Podałem definicję i słowa greckie, od których termin sie
> > wywodzi.
> > Dobrze zacząć od genezy, skoro sie czegoś nie rozumie
> > zbyt dogłębnie.
> Wiesz, kiedy zaczynasz mnie znowu obrażać nie wiem czy
chce mi sie Tobie
> odpisywać, ale powiem ci że problem z pojeciami polega
na tym, że trzeba
> najpierw ustalić ich zakres definicyjny. Ja ci mój
podałem, że wychodze od
> definicji naukowej synestezji - czyli opartej na
badaniach empirycznych w
> ciagu ostatnich lat. Nie swiadczy to bynajmniej, że
wiem o synestezji mniej od
> Ciebie misiaczku:-). Rownie dobrze może sięgnac po
słownikowa definicje atomu
> i powiedzieć, że wiesz więcej o atomach od całego
sztabu fizyków jądrowych. I
> poniekąd będziesz miał rację - Twoja wiedza będzie
nieskomplikowana, prosta,
> jasna, pozbawiona poważnych wątpliwosci.

To ja zaczynam cie obrażać? Tu już tupet przeszedł w
bezczelnosc.
To przecież ty zacząłeś mnie pouczać o synestezji, mając
o niej tylko powierzchowną wiedzę .
A jak chcesz rozmawiać o fizyce, to proszę bardzo...
A różnica miedzy atomem a synestezją jest taka, że tylko
kompletny ignorant może sugerować, że do jej badania
potrzebny jest "sztab synestezjologów"...
To naprawdę inna dziedzina rzeczywistosci niż fizyka.
Tu nie ma badań, bo wszystko zaczyna sie od osoby
odczuwającej senestezję. Badacz , który nie ma o niej
pojęcia nie może o niej nic powiedzieć, poza zwykłymi
sloganami.
A jak sie nie ma rzeczowej wiedzy (którą można
wykorzystać w dyskusji) to sie odwołuje do jakis opracowan...
Jak coś wiesz, to potrafisz to wyrazić własnymi słowami.
Jak nie, to pozostaje chwalenie sie, że sie wie o
istnieniu jakichs książek.

> Reszty argumentów nie chce mi się komentować, bo nie
wiem czy facet który
> skale głosu ma rozwinięta najwyżej do dwóch oktaw ma
tak znakomicie opanowany
> warsztat spiewaczy, czy facet ktory zatrzymuje swoje
zdolnosci na graniu
> akordów mniej wiecej do pozycji VIII jest taki
znakomity i sadze, ze w ogole

Oktawy? Miałem koleżankę, który miała zakres 4 oktaw i
fałszowała i nie umiała spiewać zupełnie.
Umiejętnosc spiewania, to nie zakres głosu... To
umiejętnosc(!) operowania głosem.
A co do gitary... Słyszałem już ludzi, którzy twierdzili,
że grają jak Kaczmarski... Gdy zobaczyłem jak grają, to
wzbudziło to mój pusty smiech...Niektórym sie wydaje, że
jak znają akordy to grają tak jak on...

> Ty probujesz swoja atencje uzasadniac obiektywnie i
wybacz - ja ci w tym
> towarzyszyl nie bede. Tym bardziej, ze Twoje
uzsadnienia koncza sie na
> stwierdzeniu genialnosci i wybitnosci - a to powtarzam
jest łatwa sztuka.

Łatwa sztuka? to łatwo było by ją obalić, a jakos nie
udaje ci sie konkretnie tego zrobić, a tylko używasz
sloganów.
Np. Piszesz:U Kaczmarskiego w tekscie wszystko jest
wywalone kawe na ławe"

No to ja pytam: "To co jest wywalone wprost w piosence
"Krzyk", "Pejzaż z szunbienicą" (to tekst
Kaczmarskiego), "Zbroja" ...? A na przykład "Obława"
opisuje coś konkretnego, czy może daje niezliczone
możliwosci interpretacji. Teksty Kaczmarskiego można
odbierać na wielu poziomach abstrakcji. Na przykład -
jednostka, grupa ludzi, naród, ludzkość itd..."

No i gdzie konkretna odpowiedz?
Ja ci mogę napisać dokładnie parę przykładów
interpretacji na różnych poziomach abstrakcji.... Mśgłbym
napisać nawet rozprawkę na ten temat...
No i gdzie tu argumentacja w polemicę z tym co piszę?



Temat: U2 w Multikinie
First Part
Obejrzałem drugi raz, tym razem już chłodno, na spokojnie, i - co
najważniejsze - w całości, od początku do końca :) Od początku do końca zatem:

1) CITY OF BLINDING LIGHTS - końcowe akordy " Wake Up, " Everyone " i
startujemy. Bezapelacyjnie jest to najlepsze z dotychczas wydanych wykonań tej
piosenki, wizualnie także powalające ( porównajcie sobie z klipem z Vancouver -
przy tym wygląda jak reklamówka, którą zresztą w zasadzie jest :). Świetny
efekt z dodaniem echa do wokalu Bono w " och, you look so beautiful... ", można
się poczuć jakby się tam było ( to zresztą cecha całego DVD ). No i te ujęcia z
góry na Edge'a, zwalnia jeden switch, naciska drugi... Rewelacja. Początek
wspaniały.
2) VERTIGO / STORIES FOR BOYS - za drugim razem podobało mi się bardziej, nie
jest aż tak łagodne ( za pierwszym razem zadziałał chyba bardzo przygłośniony
dźwięk tamburyna w zwrotkach :). Adam szyje na basie aż miło, czerwone światła,
trzęsące się kamery - fever ! No i fantastyczne Stories For Boys, po którym
powrót riffu Vertigo miażdży dokumentnie :)
3) ELEVATION - przede wszystkim - ujęcia z góry !!! Ile się naczekałem, by
wreszcie wyraźnie zobaczyć Edge'a depczącego wah-wah ( tak samo w Bullet The
Blue Sky :). Zwróćcie też uwagę na ujęcie Larry'ego, śpiewającego w trzecim
wejściu zwrotki ( full band ) - wygląda jak Bruce Willis :D W porównaniu z
Bostonem większy kontrast między zwrotkami a refrenem ( cały czas mam na myśli
full band, bo że początek, to wiadomo ) - zwrotki podobne, natomiast refren to
bezlitosna ściana dźwięku :)
4) CRY / ELECTRIC CO. / BULLET WITH BUTTERFLY WINGS - tu już normalnie brakuje
słów. To wykonanie należy porównywać wyłącznie z największymi, Sunday Bloody
Sunday z Red Rocks, Until The End Of The World z Bostonu itd. Kiedy Bono
przygrzmocił w talerz perkusyjny Larry'ego, myślałem że dywan zjem :D No i Edge
masakrujący struny w solówce... Wielki, wielki fragment.
5) AN CAT DUBH / INTO THE HEART - kolejny wspaniały " moment " Bono, który
przez całą piosenkę odstawia swój własny teatr... I niesamowite wrażenie kiedy
chłopaki przyśpieszają pod koniec, napięcie rośnie, rośnie, staje się nie do
wytrzymania, i nagle ciach... Into The Heart to jeden z tych fragmentów,
których nie należy komentować, więc się powstrzymam.
6) BEAUTIFUL DAY - wspaniałe efekty świetlne, choć trochę brakuje tego " ataku "
w refrenie, jak na ETour ( to samo w Where The Streets Have No Name, no ale to
specyfika trasy ). Mimo to, ze względu na montaż wypada i tak ostrzej niż w
Bostonie. No i te gadki, " help me, I got a problem with throat ",
prześliczne :)
7) NEW YEAR'S DAY - o ile wcześniej Hamish Hamilton nie dał jakiegoś
szczególnego dowodu geniuszu ( choć i tak było świetnie ), to tu jest ten
pierwszy raz. Zwróćcie np. uwagę na ujęcie, kiedy dokładnie w momencie wejścia
riffu Edge'a, Bono minimalnie porusza głową do tyłu, a wtedy kamerę zalewa
światło reflektora... wrażenie wręcz magiczne. Tak samo jak sceny z idącym
Adamem, kiedy podchodzi do Edga grającego na klawiszach, a kamera powoli krąży
wokół nich - tworzy to efekt trójwymiarowości, robiący porażające wrażenie
( i nie ostatni to raz ). Jakiż postęp w stosunku do poprzednich produkcji,
gdzie reżyserzy ( Hamilton zreszta też ) w zasadzie skupiali się zwyczajnie na
pokazaniu zespołu, i niewiele więcej...
8) MIRACLE DRUG - pierwsze wykonanie tej piosenki, które zrobiło na mnie
wrażenie :) Zapewne chodzi tu przede wszystkim o idealny dźwięk, bo nawet na
soundboardzie z Vancouver techniczni zniszczyli ten kawałek... Świetna
zapowiedź Bono, rewelacyjne efekty świetlne, wspaniale wygląda śpiewający
Larry, i nawet Edga dobrze słychać, co podczas 1st Leg zdarzało się rzadko
( poprawili to dopiero w Europie, heh, potrzebowali kilkadziesiąt koncertów by
zorientować się, że pasowałoby mu podgłośnić mikrofon :D




Temat: IDOL 4.16
KORO MUNROE moja droga....

Co prawda wole uzyke od słów, ale niezmienia to faktu, że ludzki głos jest
niepowtarzalnym i cudownym instrumentem, który musi zostac wykorzystany!
Metoda na Norwega,czy tez po Flamandzku, czyli gra na pianie, ew na gitarze
plus śpiewanie w bliżej nieokreslonym języku jest poczatkiem każdej
piosenki...w moim przypadku przynajmniej,,,,..i ile radości mi to sprawia, i
jakie szczęście jest jesli uda mi sie zrobic coś, lepszego niz 3 razy
wczesniej, a mozna to odóznić....da rade stanącz boku swojej twórczości, i
ocenić wszystko okiem, uchem słuchacza powiedzmy, i ja zawsze tak
robię....emocje nie znaja jezyków....one sa po prostu....

Muzyczne gatunki i drogi - a więc z pewnościa jest to muzyka duszy, muzyka
uczuć....raczej predysponowany jestem do tworzenia muzyki molowej,
smutnej, ...jeszcze mi nic wesołego nie wyszło....stoi to w opozycji do mojego
sposobu bycia na codzień, ale tak juz jest....i pasuje mi w sumie....ostatnimi
czasy najbardziej kuszą mnie ściezki soulowe...Stevie Wonder, Sistars, Xavier
Naidoo, niektóre produkcje rnB..jak Aliyah, Justin timberlake ( Cruy me a
river )....ale to tylko mocny nurt, natomiast ja wywodzę się z Rocka, i
akustycznego i elektrycznego....jest natomiast jedna rzecz i jedno słowo, które
okreslaja moje podejście do muzyki....MELODIA i WSZECHSTRONNOŚĆ.....to zawsze
będzie mi toważyszyć, kiedy myslę o muzyce, o życiu tez w zasadzie....uwielbiam
do tego perkusje, rytm, dalej znajduja się poszukiwanie brzmień, czystośc
nagrań.....tak to widzę....uwielbiam chóry gospelowe....nie gregoriańskie
natomiast..:( :)....chóry, i bedzie ich w mojej muzie troche....uwielbiam
bongoski, bebenki w towarzystwie wiolonczeli i trabki na przykład....uwielbiam
koszące grunge'owe połączenie akordu i melodii.....lubie rozbudowane utwory
typu "Dancing with the wind" zespołu Days of the new ( nota bene chciałbym to
odśpiewać w finale, gdybym się tam znalazł, hehehe)...lubię tez bardzo krótkie
i proste formy, przejzystą i pełna przestrzeni muzę, jaka graja np dziewczyny,
czyli sostry Przybysz....wyłączając Hiphop ....z tego co słysze w olskim
hiphopie, czyli w tv viva....przemyka siędo mojego umysłu jedna dwunasta....

tyle na razie o moich zapatrywaniach muzycznych,....
zaznacze jeszcze, że mam sporo materiału na płyte, w sumie na 2 i chciałbym
rozpocząc chronologicznie...czyli ukazując też pewna sciezke ,
ewolucję....utwory które powstały ze 3, 2 lata temu pragnąłbym wydac
najpierw....( jezu, alez to brzmi..:) jakbym juz nagrywał płyę niemalże, a do
tego jeszcze daleko oj daleko)...

GRUPA - super...bardzo liczyłem na to , że ta grupa będzie dopasowana i
znajdzie wspólny język, i tak tez sie stało...bardzo mnie to cieszy,
baaardzo....czuje dobry przepływ energii, coraz smielszy i coraz bardziej
penetrujacy, czyt. dowiadujemy sięo sobie coraz więcej:)....co do rywalizacji,
to były jaies przebłyski tego klimatu, ale sladowe, co równiez
cieszy....właściwie wszyscy interesuja sie, a zarazem przejmuja tym, co sie o
nich mówi i pisze, co jest naturalne i zrozumiałe....ale uspakajamy sie
nawzajem, gdyz doświadczenie mamy pewne:)))

Z jurorami kontaktu nie mielismy do tej pory....dzień dobry na korzytazu, albo
hejho w kibelku:)))
fakt, że jurorzy maja swoich faworytów, ale uwierzcie mi kiedy powiem cos
takiego, co pojawia się w każdym tego typu progrtamie, z regularnościa zegarka
szwajcarskiego....wraz z rozwojem programu wystepuje element zaskoczenia, i tak
jest zawsze! odkąd pamietam....1 takim znakiem było odejści
eKaroli...niespodzianka, a jednak....tak więc nie spisujcie jeszcze nikogo na
sraty....i mysle, ze ten program was jeszcze zaskoczy....

Jeżeli wyjdziemy z jakąs sugestia, zawsze ustalamy wspólnie z Japkiem i Seravka
co najlepsze...ale głównie Grzesiu za to odpowiada....

hmmm...no to pierwsza tura FINITO.

CZOŁEM




Temat: Dzień koguta
Mandaryna w Sopocie – podobnie będzie w Oławie !
Prywatna opinia.
Tak dać plamę od samego początku swojego występu !
Ona ma potworną intonację, żeby nie powiedzieć totalny brak słuchu muzycznego.
Już od początku kiedy schodziła po schodach w Sopocie, pianista grał jej
funkcje harmoniczne a ona śpiewała prawie sekundę obok. Myślałem że, "złapie
się w refrenie" a tu niestety, nie. Braki w wykształceniu muzycznym dały znać o
sobie. Sopot powinien być gwoździem do trumny jej „występów śpiewaczych”.
Powinna wycofać się od razu ze sceny. Pamiętam parę lat temu jak w Mrągowie na
festiwalu poświęconym Elvisowi Presley'owi taką samą plamę zrobił jej mąż -
czerwonowłosy Michał.
Po podaniu akordu tonacji utworu przez gitarzystę bardzo dobrej, wrocławskiej
grupy Party Tour zaczynał piosenkę "Love Me Tender" i podobnie jak Mandaryna
intonacja zła - zaśpiewał kwartę obok. W ten sposób brnął przez cały pierwszy
temat utworu nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Dopiero z pomocą przyszedł
mu Krzysztof Krawczyk i zabierając mu mikrofon, uratował go.
Totalna popelina !
Czy ci ludzie nie zdają sobie z tego sprawy że, nie powinni pojawiać się na
estradzie ?

Dziesięć lat temu w podobny sposób akustycy w Sopocie skończyli włoską
piosenkarkę Sabrina'ę. Ona była dość dobrze zbudowana i `cycata' tylko tyle że
nie potrafiła śpiewać. Przyjechała do Polski z pełnymi playback'ami gdzie każdy
track instrumentalny i wokalny nagrany był osobno.
Otóż owi akustycy wycięli jej track wokalu i zmusili do śpiewania na żywo z pół
playback'iem instrumentalnym. I dopiero wtedy zaczęło się dziać. Piosenkarka
nie mając słuchu muzycznego śpiewała intonacyjnie obok podkładu. Wybuchł
skandal. Po powrocie do domu, przestała zajmować się w dalszym życiu estradą.

Mandaryna miała szczęście że, wiekszość ludzi z Jury nie zaczęła się pastwić
nad nią. Nie wypowiedział się na jej temat żaden muzyk z Jury - a powinien.
Wtedy to byłaby rzeź. Oni oszczędzili jej tego.
Jej druga piosenka z repertuaru Elżbiety Dmoch (2plus1) - no to tragedia.
Kto wpadł na tak szalony pomysł żeby kazać jej ten utwór śpiewać. Do tego
trzeba być subtelnym człowiekiem o nieposzlakowanym słuchu muzycznym i
oczywiście dobrym głosem i skalą głosu.
Pani Elżbieta Dmoch może być dumna z tego że, jest `nie do zrobienia' i
podrobienia.
Bardzo mi przykro ale taka jest moja opinia.
Po oglądanym przeze mnie następnego dnia programie ( godz. 9 - 04.09.05 TVN)
nadawanym z plaży w Sopocie, gdzie zgromadzono sześciu stających wcześniej do
konkursu osób p. Kiljański, doda, p. Ewelina Flinta, p. Piaseczny, mandaryna i
solistka zespołu Łzy byłem niemile zaskoczony.
Z jej dobrego samopoczucia z samego rana widać było że, niczego nie zrozumiała.
Jej głupiutkie wypowiedzi kompromitują ją całkowicie w oczach widzów i
telewidzów z Polski.
Brak jej skromności i inteligencji.
Jest to tragiczne, że w tym gronie na temat muzyki, najwięcej do powiedzenia
mają pseudopiosenkarze tzw. lalki Barbie (mandaryna i doda).
Reszta konkursowiczów jak zwykle skromna używała precyzyjnych i oszczędnych
słów. Natomiast na estradzie w Sopocie wcześniej dali z siebie wszystko na
dobrym poziomie artystycznym i muzycznym. Życzmy im dalszych sukcesów w pracy
artystycznej zwłaszcza p. Kiljańskiemu i Łzom wraz ich solistką.
Mandaryna powinna zrezygnować z pokazywania się na polskich estradach, chyba że
na dożynkach w Pcimiu czy też w Wąchocku , itp., itd.
Niewykształcone nielaty z małych, biednych wsi polskich będą ją podziwiały i
zawsze będzie ona dla nich wzorem do naśladownictwa.
Udział Mandaryny akurat w sopockim projekcie, to totalna pomyłka. Sama
Mandaryna powinna mieć więcej pokory i być skromna a nie ścigać się z
prawdziwymi artystami. Udowodniła wszystkim że, jest wielką pomyłką na polskiej
scenie muzycznej. No cóż brak pokory i samokrytycyzmu Mandaryny powinien
zamknąć jej dalszą karierę. Sama tego chciała.
Ona nadaje się tylko na „dzień koguta” w Oławie za pieniądze polskiego
podatnika.
Ktoś kto ją sprowadza do Oławy jest chyba też na takim samym poziomie
intelektualnym.




Temat: IDOL 4.28
Do poczytania...
dla tych, którzy na tym forum czasami narzekają, że nie ma co czytać.
W pierwszym numerze nowego miesięcznika „Premiery” (czerwiec/2005) znalazłam
artykuł „Dola idola” :
Ulubieńcami fanów programu, regularnie głosujących na stronie
internetowej „Idola”, są 28-letni Maciej Silski ze Szczecina i o osiem lat
młodszy torunianin Sławek Uniatowski.
Ten ostatni jest w swoim mieście osobistością dość znaną. –Wiesz, od 17 roku
życia gram na klawiszach, śpiewam w klubach, zarabiam na życie – tłumaczy.
A grał m.in. z Leszkiem Możdżerem czy Sławomirem Ciesielskim, perkusistą
Republiki. Zresztą o Możdżerze i Grzegorzu Ciechowskim, którego poznał kilka
lat temu, wypowiada się z miłością w oczach. –To dzięki Leszkowi uwierzyłem w
siebie. Powiedział mi, że mam talent, a on chyba się zna, prawda? – pyta
retorycznie. Fascynacja Sławka nie ogranicza się do słuchania muzyki Możdżera,
ale przez 30minut perroruje o ich spotkaniach „przy piwie” i o tym, że ta sama
stylistka, która szyje garnitury „mistrzowi” uszyje sceniczny strój także jemu.
Jednak w wypowiedziach o innych artystach polskiej sceny czy gatunkach
muzycznych odbiegających brzmieniowo od jazzu nie jest tak łaskawy. Bez
skrępowania negatywnie wypowiada się o bywalcach klubów. –Czy okres białych,
fluorescencyjnych rękawiczek i gwizdków już minął? – pyta rozkosznie.
Mówi też, ze się nie zaprzeda. Kiedy „Idol” się skończy i przystąpi do
nagrywania własnej płyty, to „będzie to album w 100 procentach jego:. Jaki?
Sławek do końca sam jeszcze nie wie, czy pójdzie w stronę jazzu czy rocka. A
kiedy słyszy ostrzeżenie, że repertuarem jazzowym raczej nie zyska
popularności, odpowiada spokojnie: - To będę działać w niszy.
Dokładnie taką samą zasadę wyznaje drugi z faworytów Maciek Silski.
On także do końca nie wie, na jaką muzykę się zdecyduje. –Wiesz, ja mam trzy
bandy, z którymi mogę nagrać krążek jazzowy lub rockowy. Ale to nie o to
chodzi. Tu nie chodzi o styl muzyczny, tylko o składanie akordów, taktów –
tłumaczy. Kiedy podejmie decyzję o swoim przyszłym stylu muzycznym? – To będzie
wspólny wybór mój i wytwórni – zapewnia. Bo może negocjować w sprawach dla
niego mniej ważnych, choćby stylu muzycznego, ale „każdy dźwięk na płycie musi
być jego”. Pytany, dlaczego postawił na „Idola”, skoro gra koncerty od
dziesięciu lat, odpowiada, że nagranie płyty nie jest taką prostą sprawą.
– Mam 28 lat, więc to dla mnie ostatni dzwonek. Ale ja byłem ostatnim, który
sam z siebie chciał wziąć udział w tym programie. To koledzy namówili mnie, bo
inaczej nie nagralibyśmy albumu chyba już nigdy – mówi serio. Poza tym Maciek
wreszcie „chce zacząć żyć tylko i wyłącznie z muzyki”. Podoba mi się droga
jaką przebyło T. Love. Szanuję ich. Czy ty w ogóle wiesz gdzie oni zaczynali
grać? W podrzędnych klubach. Myślisz, że mieli kasę na promocję? Myślisz, że na
mieście były plakaty o ich koncertach? A oni grali. I dopiero ostatnio
delikatnie przeszli na stronę komercji. Ale chłopaki zawsze były imprezowe ...
– zauważa.
Na pytanie, czy też będzie takim imprezowym chłopakiem, Silski dyskretnie się
uśmiecha.
Jednak obaj idolowi przodownicy, Silski i Uniatowski, brzydzą się
słowem „komercja”. W przeciwieństwie do Piotrka Laty, który mówi, że to
wielkość, a nie rodzaj muzyki. – Jeśli jesteś komercyjny to oznacza tylko, że
sprzedajesz ponad 50 tysięcy płyt – tłumaczy. Piosenki na przyszły album ma już
przygotowane. Jednak dopuszcza ingerencję ludzi z wytwórni. – Jeśli mam
przedstawić to procentowo, to mój wkład wynosiłby trzy czwarte, a reszta to
wytwórnia. Przynajmniej tak bym sobie życzył – śmieje się. Wie także jaką
będzie grał muzykę. – Pomieszanie rocka, gitary, perkusji i gospelu. Tak sobie
marzę...
Marzy także ostatni z tej czwórki, 20-letni Bartek Szymoniak spod
Kalisza. Marzy o „namieszaniu w światku muzycznym”. Czym? Beatboxem, czyli
naśladowaniem głosem instrumentów, bo jak mówi, taka muzyka nie jest u nas
promowana.

CO WY NA TO ?




Temat: Recenzje forum Strawberry Fields
Drake, Basiński - pytajnick
Nick Drake to jeden z tych niezwykłych, niepozornych bardów zamierzchłych lat.
Artystów, którzy potrafili samym głosem i delikatnym szarpaniem strun gitary
wyczarować prawdziwą magię i zawrzeć ją w prostych, 2-3 minutowych
kompozycjach. Moje kojarzenia biegną do Donovana, do Johnny'ego Casha, do
Jeffa Buckleya. Niekoniecznie chodzi mi tu o samą muzykę - raczej o podobny
typ wrażliwości, o skromność wyrazu, o tę samą głębię smutku, którego doszukać
się można nawet w pozornie pogodnych utworach.

Drake to postać jakby zapomniana, ale podobno odkrywają go właśnie Wyspiarze,
a być może wkrótce i doceni go cały świat - ponad trzy dekady po przedwczesnej
śmierci (26 lat). Za życia zdążył nagrać i wydać trzy albumy:

1969 Five Leaves Left
1970 Bryter Layter
1972 Pink Moon

Ja rozpocząłem przygodę z nim od płyty ostatniej i ją chciałbym Wam na
początek polecić. Skrajnie subiektywnie, bo wszystkie trzy są wysoko i
przeważnie równie wysoko cenione. Jeśli nie chce się Wam ściągać całego krążka
(choć trwa zaledwie 26 minut!), to spróbujcie chociaż odnaleźć "Pink Moon" i
może "Road". W zasadzie dzięki tym utworom artystę poznałem - zespół no-man
(czyli Tim Bowness i Steven Wilson, jeden z moich ulubionych) nagrał kiedyś
śliczne kowery tych dwóch piosenek. Tradycyjnym już wilsonowym szlakiem
postanowiłem dotrzeć do pierwowzorów - jak się okazało równie dobrych, choć
kompletnie innych, jak będące przyczyną wszystkiego kowery.

Najważniejszy okazał się jednak inny utwór. Utwór będący dla mnie swego
rodzaju esencją tego, czego w muzyce usilnie poszukuję. Głębia wszelkich
odcieni emocji, od pochwały życia po strach przed śmiercią, odarta ze
wszystkiego szczerość, cudowna melodia i coś jeszcze, czego w słowach zawrzeć
nie potrafię. W każdym razie to coś kilka miesięcy temu sprawiło, że nagle
porzuciłem aktualnie wykonywaną czynność i zdębiały wsłuchiwałem się w głos
Drake'a. Nie umiem wskazać piękniejszej piosenki lat siedemdziesątych, ona
dorównuje największym dziełom tamtych czasów. I to mimo - a może dzięki? - jej
niezwykłej skromności. To tylko gitara i głos, to tylko 4 minuty. Z tego
samego powodu, przez swą niepozorność, bardzo trudno jest jej przekonać do
swego ulotnego piękna, chyba jej nawet na tym nie zależy. Doskonale rozumiem
tych, dla których to tylko piosenka, tylko ładna piosenka.

"Things Behind The Sun"

(Tylko, błagam, nie słuchajcie tego utworu sprawdzając pocztę, jedząc
śniadanie, wysyłając smsa...)

Dodam jeszcze, że płyta powstała w sposób również wyjątkowy - Drake mocno już
strawiony problemami z samym sobą i depresją, o północy przyjeżdża do studia i
w kilka godzin nagrywa materiał na całą płyte. Następnego dnia, rezygnując z
dopracowanych aranżacji smyczkowych znanych z wcześniejszych nagrań, dodaje
tylko fortepian w utworze otwierającym. Reszta pozostaje niezmieniona. Stąd
nieraz można usłyszeć brzęczenie źle dociśniętej struny, spóźnone dźwięki.

To nie jest płyta wybitna, to nie jest płyta genialna - takich słów nie używa
się w stosunku do tak skromnych dzieł ludzi, którzy nie podbiajają świata, ale
najzwyczajniej dzielą się ze słuchaczem swoimi intymnymi piosenkami. Jeśli ten
zechce tylko oderwać się na chwilę od codziennych zajęć i skupić przez
kwadrans albo dwa uwagę na kilku gitarowych akordach i matowym, pozornie
beznamiętnym głosie, który wyrażają tak naprawdę wszystko, co ten nadwrażliwy
człowiek chciał po sobie pozostawić.

***

William Basiński. Można zajrzeć na Porcys - pomijając zabawne określenia typu
"przestrzeń audialna", naprawdę dobra recenzja z genialnym zakończeniem.

A dokładnie jego "Disintegration Loops". Odnalazł kiedyś swoje tasmy z lat 80.
i zapętlił je zgrywając jednoczesnie na bardziej trwały nośnik. Z czasem że
taśmy zaczęły sie rozsypywać, kolejne dźwięki ginąć pozostawiając po sobie
znaczącą pustkę. Basiński z tego wielodniowego rozpadania się wydobył esencję,
choć i tak to niszczenie jest tak powolne, że trzeba się skoncentrować na
muzyce, by wychwycić momenty gdy kolejne liście odrywają się od gałęzi tego
ambientowego drzewa. Nikt chyba jeszcze nie nagrał płyty (a właściwie
wielgachnego zestawu 4 płyt), która lepiej oddawałaby charakter, znaczenie i
nieuchronność przemijania.

Analitycznie "Disintegration Loops" to tak naprawdę zbiór takich rozsypujących
się, łagodnych tematów - zaledwie kilkusekundowych, powtarzających się przez
kilka minut lub nawet przez pół godziny. Pozostaje dla mnie tajemnicą,
dlaczego te proste pętle się nie nudzą. Niezwykle uspokajająca muzyka, idealna
by zapuścić sobie do snu. Doskonale przewidywalna, oczywista, nie próbuje
nawet maskować swojego przekazu. Jednocześnie go nie narzuca pozostawiając
słuchaczowi, na jakim poziomie chce muzykę odbierać - jako przyjemne tło, czy
też doskonałe narzędzie do wprowadzenia się w stan refleksji nad własnym
życiem, czy raczej jego ulotnościa.

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18505402



Temat: Drake, Basiński, czyli po spotkaniu
Drake, Basiński, czyli po spotkaniu
Chciałbym podziękować wszystkim obecnym na dzisiejszym (ok, wczorajszym)
spotkaniu - za samą obecność i możliwość rozmowy o wszystkim, od death-metalu
poczynając, na elektronice i niezal-rocku kończąc. I o Pink Floyd, rzecz
jasna. Mam nadzieję, że okazja, by Was zobaczyć ponownie, nadarzy się
wcześniej niż za rok. A przechodząc do rzeczy: obiecałem napisac coś więcej o
dwóch panach: Nicku Drake'u i Williamie Basińskim.

***

Nick Drake to jeden z tych niezwykłych, niepozornych bardów zamierzchłych lat.
Artystów, którzy potrafili samym głosem i delikatnym szarpaniem strun gitary
wyczarować prawdziwą magię i zawrzeć ją w prostych, 2-3 minutowych
kompozycjach. Moje kojarzenia biegną do Donovana, do Johnny'ego Casha, do
Jeffa Buckleya. Niekoniecznie chodzi mi tu o samą muzykę - raczej o podobny
typ wrażliwości, o skromność wyrazu, o tę samą głębię smutku, którego doszukać
się można nawet w pozornie pogodnych utworach.

Drake to postać jakby zapomniana, ale podobno odkrywają go właśnie Wyspiarze,
a być może wkrótce i doceni go cały świat - ponad trzy dekady po przedwczesnej
śmierci (26 lat). Za życia zdążył nagrać i wydać trzy albumy:

1969 Five Leaves Left
1970 Bryter Layter
1972 Pink Moon

Ja rozpocząłem przygodę z nim od płyty ostatniej i ją chciałbym Wam na
początek polecić. Skrajnie subiektywnie, bo wszystkie trzy są wysoko i
przeważnie równie wysoko cenione. Jeśli nie chce się Wam ściągać całego krążka
(choć trwa zaledwie 26 minut!), to spróbujcie chociaż odnaleźć "Pink Moon" i
może "Road". W zasadzie dzięki tym utworom artystę poznałem - zespół no-man
(czyli Tim Bowness i Steven Wilson, jeden z moich ulubionych) nagrał kiedyś
śliczne kowery tych dwóch piosenek. Tradycyjnym już wilsonowym szlakiem
postanowiłem dotrzeć do pierwowzorów - jak się okazało równie dobrych, choć
kompletnie innych, jak będące przyczyną wszystkiego kowery.

Najważniejszy okazał się jednak inny utwór. Utwór będący dla mnie swego
rodzaju esencją tego, czego w muzyce usilnie poszukuję. Głębia wszelkich
odcieni emocji, od pochwały życia po strach przed śmiercią, odarta ze
wszystkiego szczerość, cudowna melodia i coś jeszcze, czego w słowach zawrzeć
nie potrafię. W każdym razie to coś kilka miesięcy temu sprawiło, że nagle
porzuciłem aktualnie wykonywaną czynność i zdębiały wsłuchiwałem się w głos
Drake'a. Nie umiem wskazać piękniejszej piosenki lat siedemdziesątych, ona
dorównuje największym dziełom tamtych czasów. I to mimo - a może dzięki? - jej
niezwykłej skromności. To tylko gitara i głos, to tylko 4 minuty. Z tego
samego powodu, przez swą niepozorność, bardzo trudno jest jej przekonać do
swego ulotnego piękna, chyba jej nawet na tym nie zależy. Doskonale rozumiem
tych, dla których to tylko piosenka, tylko ładna piosenka.

"Things Behind The Sun"

(Tylko, błagam, nie słuchajcie tego utworu sprawdzając pocztę, jedząc
śniadanie, wysyłając smsa...)

Dodam jeszcze, że płyta powstała w sposób również wyjątkowy - Drake mocno już
strawiony problemami z samym sobą i depresją, o północy przyjeżdża do studia i
w kilka godzin nagrywa materiał na całą płyte. Następnego dnia, rezygnując z
dopracowanych aranżacji smyczkowych znanych z wcześniejszych nagrań, dodaje
tylko fortepian w utworze otwierającym. Reszta pozostaje niezmieniona. Stąd
nieraz można usłyszeć brzęczenie źle dociśniętej struny, spóźnone dźwięki.

To nie jest płyta wybitna, to nie jest płyta genialna - takich słów nie używa
się w stosunku do tak skromnych dzieł ludzi, którzy nie podbiajają świata, ale
najzwyczajniej dzielą się ze słuchaczem swoimi intymnymi piosenkami. Jeśli ten
zechce tylko oderwać się na chwilę od codziennych zajęć i skupić przez
kwadrans albo dwa uwagę na kilku gitarowych akordach i matowym, pozornie
beznamiętnym głosie, który wyrażają tak naprawdę wszystko, co ten nadwrażliwy
człowiek chciał po sobie pozostawić.

***

William Basiński. Można zajrzeć na Porcys - pomijając zabawne określenia typu
"przestrzeń audialna", naprawdę dobra recenzja z genialnym zakończeniem.

A dokładnie jego "Disintegration Loops". Odnalazł kiedyś swoje tasmy z lat 80.
i zapętlił je zgrywając jednoczesnie na bardziej trwały nośnik. Z czasem że
taśmy zaczęły sie rozsypywać, kolejne dźwięki ginąć pozostawiając po sobie
znaczącą pustkę. Basiński z tego wielodniowego rozpadania się wydobył esencję,
choć i tak to niszczenie jest tak powolne, że trzeba się skoncentrować na
muzyce, by wychwycić momenty gdy kolejne liście odrywają się od gałęzi tego
ambientowego drzewa. Nikt chyba jeszcze nie nagrał płyty (a właściwie
wielgachnego zestawu 4 płyt), która lepiej oddawałaby charakter, znaczenie i
nieuchronność przemijania.

Analitycznie "Disintegration Loops" to tak naprawdę zbiór takich rozsypujących
się, łagodnych tematów - zaledwie kilkusekundowych, powtarzających się przez
kilka minut lub nawet przez pół godziny. Pozostaje dla mnie tajemnicą,
dlaczego te proste pętle się nie nudzą. Niezwykle uspokajająca muzyka, idealna
by zapuścić sobie do snu. Doskonale przewidywalna, oczywista, nie próbuje
nawet maskować swojego przekazu. Jednocześnie go nie narzuca pozostawiając
słuchaczowi, na jakim poziomie chce muzykę odbierać - jako przyjemne tło, czy
też doskonałe narzędzie do wprowadzenia się w stan refleksji nad własnym
życiem, czy raczej jego ulotnościa.




Temat: Pirates Of Dance
Pirates Of Dance
DJ BoBo powrócił po półtorarocznej przerwie i zrobił to we wspaniałym stylu:
udało się bardzo trudne zadanie stworzenia albumu, który nie tylko dorównał
ale i przewyższył wysoki poziom Visions (2003).
„Pirates Of Dance”, który licząc jedynie najbardziej podstawowe wydania, jest
dziesiątym w dorobku DJ’a BoBo, jest najróżnorodniejszym albumem, które
dotychczas stworzył. Tytuł nie powinien nikgo zmylić: muzyka dance stanowi
tutaj najwyżej dwadzieścia procent całości i w żaden sposób nie można
powiedzieć, że płyta „utrzymana jest w tanecznych klimatach”, jak z pewnością
będzie twierdzić większość piszących taśmowo recenzentów.

Nurt dance reprezentują tu w zasadzie jedynie trzy utwory, które są
znakomicie wyprodukowane, według najnowszych trendów, z wykorzystaniem
najnowocześniejszych technik. Pierwszym z nich jest bardzo
dynamiczne „Amazing Life”, jeden z faworytów publiczności. Podobnie jak „One
Night In Heaven”, przypomina rytmiczne produkcje Kate Ryan, w których jednak
widać typowy charakter DJ’a BoBo. „Amazing Life” dodatkowo ma udany tekst i
zaskakujący most w konwencji popowej ballady, kontrastujący ciekawie z
mocnymi akordami całości. „One Night In Heaven” przyciąga z kolei dawką
energii i przestrzennością oraz lekkością wstępu. Ostatnim, najciekawszym z
trójki jest „Dance Into The Light”. Nie grzeszy on ambitnym tekstem ale za
to, oprócz udanej kompozycji i nowoczesnej aranżacji, posiada świetną, długą
wstawkę na gitarze elektrycznej.

Większość albumu zdominowana jest przez pop-rock i pop z użyciem
akustycznych, „naturalnych” instrumentów. Jednym z nich jest tytułowy,
pierwszy singiel z płyty, znakomite Pirates Of Dance. Melodyjna i
jednocześnie mająca „kopa” kompozycja osadzona na gitarach elektrycznych,
których kulminacja następuje wraz ze wspaniałą solówką, godną wszystkich
metalowców. Całość oprawiono być może najbardziej spektakularnym teledyskiem,
nakręconym w EuropaPark w Rust oraz podczas przedpremierowego spektaklu w
Engelbergu; film dostępny na singlu. Polskie wydanie zamykają dwie popowe
kompozycje. „I Need Your Love”, mimo banalnego tytułu jest znakomitym
utworem: popowa ballada oparta na żwawych gitarach akustycznych, bardzo
dobrze skomponowany wokal i melodia. Drugą zaś, jeszcze bardziej żywą jest
1000 Miles, z bardzo zgrabnym tekstem i wykonaniem. Co ważne: żadna z w/w nie
jest cukierkową, tuzinkową kompozycją odpowiednią dla Britney Spears i
trzynastoletniej publiczności. Z powodzeniem mogłyby zostać wykonane przez
zespół Lady Pank i im podobnych.

Dwa utwory to bardzo oryginalne ballady. No Metter What People Say,
napisane pod wpływem wzruszającego spotkania z niepełnosprawną fanką, to
doskonały, nastrojowy i zarazem żywy utwór, oprawiony gitarami i znakomitymi
soulowymi chórkami. To pozycja wyjątkowo ambitna i ciekawa. Nie gorzej
wypada „Give Peace A Chance”. Tematyka standardowa dla piosenkarzy, jednak
długi i niemal jedyny rapowany na płycie tekst wypada bardzo dobrze.
Melancholijne brzmienie gitary przypomina nieco samego Erica Claptona; altowy
głos wokalistki znakomicie łączy całość. Zaczerpnięto też kilka słów ze
sławnego przemówienia Martina Luthera Kinga.

Absolutną perłą na albumie, utworem zasługującym na lawinę pochwał w
każdym aspekcie jest Garunga wraz ze wstępem w postaci Ghost Ship. „To
najbardziej szalony pomysł jaki zrodził się w mojej głowie” mówi sam BoBo...i
ma rację. Utwór tworzy opowieść rozwijającą tytułowy wątek. To historia
pirackiej załogi żeglującej na statku widmie, od stuleci bezowocnie i
beznadziejnie poszukującej tajemniczej wyspy Garunga. Ich tułaczka będzie
trwała wiecznie jako pokuta za grzeszne życie. Niezwykła historia- i jak
opowiedziana! Najpierw scena: chlupot wody, brzęk szabli i niespokojne
okrzyki. A potem tajemnicza, dynamiczna muzyka łącząca rock i R’n’B. Wokal
absolutnie zaskakujący, wychodzący ze wszelkich schematów, upiorne odgłosy,
gardłowe śpiewy załogi i demoniczny rap, przywodzący na myśl legendarny
Thriller Michaela Jacksona. To utwór genialny i nie ma artysty, poziomowi
którego ten utwór by nie dorównał - palce lizać!

Ostatnią grupę tworzy para utworów w konwencji latynoskiej. Powszechny
entuzjazm wzbudza Pura Pasion. Pogodny, letni ale absolutnie nie kiczowaty
utwór, przypominający piosenki Kalindry de Luna, z wykorzystaniem
oryginalnych instrumentów i ciekawym rapowanym wstępem ciemnoskórego Tone’a.
Ci zaś, którzy mimo niewielkich walorów artystycznych pokochali Chihuahua’ę,
polubią z pewnością „Hey Nanana”, który jest bez wątpienia znacznie
ambitniejszą kompozycją. O ile pominąć głupkowaty tekst opowiadający scenkę
ze szczenięcych lat Renego, otrzymamy skoczny utwór o latynoskich rytmach,
który po dwóch zwrotkach na bazie trąbek przeradza się w posiadającą
dźwiękową głębię piosenkę jakby wyrwaną z karnawału w Rio.

Edycja szwajacarska posiada dodatkowy tytuł „Party Delight”, który jest
świetną, nowoczesną wariacją na temat disco lat 70tych, do złudzenia
przypominającego Boney M. Prawdopodobnie z czasem pojawi się jako dodatek do
kolejnego singla. W wydaniu Premium, dołączony jest też miks utworów na żywo
z rewelacyjnej płyty Live In Concert. Dla fanów to mało atrakcyjny dodatek,
jednak zważywszy, iż w/w album praktycznie nie miał promocji, ma szansę w ten
sposób zyskać na popularności i dać wyobrażenie polskiej publiczności, która
praktycznie do płyty nie ma dostępu. Ponadto, wersja Premium
Zawiera oddzielne DVD, na którym znajduje się ciekawy materiał zza kulisów
najnowszego spektaklu
Pirates Of Dance- warto zobaczyć.

Reasumując: to bez wątpienia najlepszy album, jaki dotychczas DJ BoBo
wydał. Jest niezwykle zróżnicowany, eklektyczny, ambitny i dopracowany. Każdy
znajdzie tam bliskie sercu brzmienia. Sprowadzanie tej płyty do „zbioru
tanecznych utworów” to nie mający pokrycia w rzeczywistości dowód ignorancji
opiniodawców. To znakomite wydanie, od bardzo ładnej szaty graficznej po
detale zawartego materiału. Polecam ten album wszystkim z całą
odpowiedzialnością!!

Louen (Prawa Autorskie Zastrzeżone)




Temat: Chris Rea - " Blue Street " - recenzja
Chris Rea - " Blue Street " - recenzja
Powiem szczerze - nie spodziewałem się tego albumu. Nie spodziewałem się że
Chris tak szybko uraczy fanów nową muzyką, wszak od wydania poprzedniej
płyty " Stony Road " minął zaledwie trochę ponad rok. A na pewno nie
spodziewałem się ponownego zaskoczenia, i to w takim stopniu.

O poprzedniej płycie już na tym forum pisałem. Wspomniałem, dlaczego Chris
zdecydował o takim jej kształcie a nie innym. Sądziłem jednak, że będzie to
jednorazowy ( dodajmy od razu: bardzo udany ) " skok w bok ", w stronę
klimatycznego bluesa, że potem Rea wróci do swojego starego, tak przecież
bardzo charakterystycznego stylu. Myliłem się straszliwie ( choć może nie
całkiem, o tym później ). Artysta poszedł jeszcze dalej; do bluesa dorzucił
jeszcze szczyptę jazzu, wyłączył mikrofon ( partie wokalne na płycie można
policzyć na palcach jednej ręki, dosłownie ), perkusiście wyrzucił pałeczki (
miotełki rulez ), podgłośnił bas, klawisze i... podłączył gitarę. I po prostu
zaczął grać. A zespół po prostu zaczął mu akompaniować. Co zaczęli grać ?
Blues. Jazz. Funk... yyy funk ?? Tak, ale o tym na koniec.

Pierwszy utwór nosi tytuł " Blue Miles ". No tak - był już " Miles Is A
Cigarette " na albumie " God's Great Banana Skin ". A Chris nigdy nie
ukrywał, że Miles, ten Miles, jest jego ulubionym artystą. Tylko trąbki nie
ma w tym utworze. Jest za to gitara. I to jaka...
Rozimprowizowana, nie ma tu konkretnej melodii, nie ma piosenki, jest TEMAT.
Tak samo jest w następnej, kompozycji tytułowej. Tu gitara odzywa się już
bardziej - solówka, niekończąca się solówka, granie co palce przyniosą.
Kompozycja jest utrzymana w żywszym tempie, gitarze dzielnie sekundują
klawisze. Czy wspomniałem, że pomiędzy utworami nie ma przerw ? Nie ? No to
wspominam. Jest trzeci kawałek - tu z kolei bardziej odzywa się bas. Nie znam
składu zespołu z jakim Rea nagrał tą płytę - nie widziałem żadnej wzmianki na
jej temat nigdzie, poza recenzją w Muzie. Mam jednak nadzieję, że się nie
zmienił - gdzieniegdzie słychać drugą gitarę, a kompozycje sprawiają wrażenie
nagranych na żywo... przynajmniej te pierwsze... A propos: słuchając ich,
ciągle miałem wrażenie, że gdzieś już pewne fragmenty słyszałem... " Blue
Miles " sprawia wrażenie ( przynajmniej na pierwszy rzut oka ) jakiejś
zwariowanej przeróbki " Coming Off The Ropes "... a zakończenie " Big C " ?
Dobra, dość sentymentów. W czwartej kompozycji mamy pewną zmianę. Zwolniło
się tempo, doszły ładne klawisze, tym razem w charakterze tła, robi się
fajnie sentymentalnie, podobne klimaty już słyszeliśmy na poprzednich płytach
( ... i bardzo nam odpowiadały . No i ta rzewna gitara... Kawałek jest
bardzo krótki i połączony z następnym, jeszcze krótszym, o podobnym klimacie,
ale z bardzo wyeksponowanym basem ( czyżby Chris...? ). Po reprise " Heading
For The City " z poprzedniej płyty następuje najdłuższy na albumie, ponad
ośmiominutowy " First Snow Mingus ". To już bardziej jazz, żywy, napędzany
znowu świetnymi klawiszami, wielotematyczny, z Reą wyczyniającym z gitarą
niesamowite rzeczy, miejscami przypominającymi to, co niegdyś robił w Pink
Floyd Dave Gilmour... Przesadziłem ? Chris bawi się brzmieniem, ale cały czas
słychać że to on... Kawałek absolutnie perfekcyjny, niczego mu nie brakuje.
Można słuchać bez przerwy, już sprawdzałem. A na koniec oraz jako zapowiedź
kolejnego utworu - harmonijka. " Piano Break ", króciutki ( niecałe dwie
minuty ), dynamiczny, z akcentami harmonijki w tle, takie coś bywało na "
Stony Road ", świetny, zwieńczony solówką jakich już zagrał tysiące a może i
więcej... a przecież kolejna znowu wywołała u mnie dreszcze. Przejście do "
Still Going To A Go Go " nie jest płynne, ale znów nie ma przerwy... kolejny
krótki utwór, jest wokal, " ...and your life is blowing over...", ledwo
słyszalna harmonijka w tle, ballada w bardzo klasycznym stylu, mogłaby być
zarówno na " Stony Road " jak i na którejś z wcześniejszych płyt, ale i tak
jest przepiękna i mimo wszystko pasuje; Chris kończy utwór słowami " are you
ready? " i rzeczywiście, płynnie przechodzimy do nastepnego utworu, tak
właśnie zatytułowanego. Tu już koniec eksperymentów, piosenka mogłaby
pochodzić z dowolnej z poprzednich płyt, klasyczna do bólu, tak pewnie miał
się ten album skończyć, taki właśnie był pomysł, ale jak ja uwielbiam te
akordy!... A jednak. Mimo iż sprawia takie wrażenie, to nie jest koniec.
Pozostała jeszcze jedna kompozycja. Nazywa się " Funk 48 " i jest dokładnie
tym, czym powinna być piosenka o takim tytule. Nie wiem, skąd się wzięła na
takiej płycie, nie pasuje zupełnie, ale co z tego? Elektroniczny, funkowy,
taneczny rytm, skrecze w tle <sic> ( komuś się przypomniało " Road To Hell
Part 2 " ? ). A jednak jest to tak fantastyczne że muszę wybaczyć. Co tu
cholera wybaczać ?? Znowu ta gitara... Cholera!

Do sylwestra zaledwie dzień, a ja dopiero teraz poznałem mój album roku.
Płyta ma tylko jedną wadę - jest za krótka. Parę utworów można było jeszcze
wydłużyć, a wtedy... wolę nie mysleć co by było. Nie znam wszystkich albumów
Chrisa ( do kompletu brakuje mi jakichś trzech-czterech ), ale idę o zakład
że ten i tak jest najlepszy. Bo z tych, które słyszałem najlepszy jest z
pewnością. I nawet rozumiem, że nie było wielkiej promocji. Przeboje ?
Hahaha... dobry żart. Na liście moich ulubionych utworów " Josephine "
właśnie spadło z pierwszego miejsca. Teraz jest tam " First Snow Mingus ". I
mam gdzieś, że w przeciwieństwie do " Josephine " nie będzie go na listach
przebojów. Kogo to obchodzi ?? Na pewno nie pana Chrisa Rea. I to mnie też
bardzo cieszy.